wtorek, 23 maja 2017

21

Rozdział XXI

„The wolf is hungry
He runs the show
He's licking his lips
He's ready to win
On the hunt tonight
For love at first sting”

Jak to miał iść gdziekolwiek, z kimkolwiek? Nic złego nie zrobił, powinni wiedzieć, że został do tej walki sprowokowany, a tymczasem co się działo? Siedział na starej, wyświechtanej ławce z łokciami opartymi o kolana i zwisającymi pomiędzy nimi dłońmi, których nadgarstki skute zostały kajdanami. Modlił się w duchu, aby nie zaważyło to na jego karierze, bo któż to widział, aby duma szpitalnej chirurgii kwaterowała na komisariacie z zarzutem wszczęcia bójki?! Działo się z nim coś niedobrego i miał zamiar to wyjaśnić tu i teraz, powołać się na poważny zawód i nie wprowadzać niepotrzebnego fermentu. Dość już narozrabiał, czego skutki odczuwał wyraźniej, niźliby chciał. Nie wiedział gdzie zabrali tego drugiego i właściwie nie chciał wiedzieć, obawiając się własnych reakcji oraz impulsywnych zachowań. Kiedy stał się tak impertynencki i nieznośny? Tak zaborczy i zazdrosny, że jedno zdanie zdążyło wytrącić go z równowagi? Pałał żądzą posiadania na samo wspomnienie o czarnowłosym chłopcu, który teraz był już przecież mężczyzną… Dorosłym, zarabiającym na siebie, nie potrzebującym ani jego, ani jego pieniędzy. Miał świat u stóp i nie musiał gonić za miłością, wystarczyło skinienie palcem, ledwie przychylność, by co noc spotykał się z kimś nowym. Cóż za plugawe stworzenie, a jakie intrygujące zarazem!
            Kątem oka zauważył podstarzałego policjanta o dość wydatnym mięśniu piwnym. Odchrząknął głośno, a gdy nie poskutkowało, zagaił:
            - Nie jestem niebezpieczny. Obędzie się bez kajdanek. – Starszy mężczyzna obrzucił go ciekawskim spojrzeniem spod siwej, uniesionej brwi, po czym uśmiechnął się sympatycznie.
            - Niestety, nie mogę łamać zasad i procedur z nimi związanych. Nie znam pana ani pańskiej historii, toteż kodeks nakazuje zachować mi należytą ostrożność i przede wszystkim! Nie ufać podejrzanym ani więźniom, bo tacy wykazują niebywałą skłonność do matactw, byleby tylko uniknąć kary.
            - Pal pan licho z karą! Mam pieniądze i nie boję się uiszczenia należytej sumy za swoje uczynki, na boga, mam pracę i napięty harmonogram, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, ile ludzi może dziś umrzeć przez moją nieobecność?
            -  Przykro mi, panie… - spojrzał na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, nie wiedząc jak ma się do Toma odnieść. Przecież nie znał jego nazwiska, a luźna pogawędka też niekoniecznie mogła mu je zdradzić.
            - Kaulitz.
            - Panie Kaulitz. Z mojej strony nie mogę zrobić nic, należy poczekać na śledczych i prokuratora, a jeżeli rozstrzygnie sprawę z korzyścią dla pana, zostanie pan zwolniony.
            Sapnął posępnie, niemal wbijając się plecami w ścianę za nim. I miał tak czekać, cholera wie ile? Kilka godzin, dni, tygodni? Dać się zamknąć niczym harpagon, mistyfikator, zwykły bandzior?!Jedynie wymierzył komuś taką sprawiedliwość, na jaką zasłużył. Nie ma moralności na tym świecie, za grosz… Gdyby istniała, puściliby go wolno, wysłuchali na wstępie i nie bawili się we wszczynanie dochodzenia, gdy nikt nie odniósł szkód na zdrowiu, nikt nie ucierpiał, ani też nie umarł. Ba, egoistycznie przekonany, że jedynym poszkodowanym jest on sam, przymknął oczy i schylił głowę, wsparłszy podbródek o klatkę piersiową. Oddał się jedynym przyjemnym myślom, jakie teraz nawiedziły jego umysł; wspomnieniom o tym jak było dobrze, zanim zdołał doszczętnie kogoś zniszczyć… Brutalność jego dłoni nie została stworzona, by pić poranną kawę z porcelanowej filiżanki. Kruchość materii nie wywinie się śmierci, gdy zamaszystym ruchem wbija garście w betonowe mury.
            - Ja pierdolę. – Podniósł się z miejsca nie wytrzymawszy w bezruchu zbyt długo, podszedł do krat. Próbując przecisnąć między nimi głowę, jego twarz została zakleszczona między metalowymi prętami, te o parędziesiąt centymetrów dalej ściskając w palcach. – Nie no, kurwa, jaja sobie robicie?
            - Agresją nic pan nie wskóra, panie Kaulitz. Proszę usiąść.
~
            Stał w korku, ze złością krótkimi paznokciami wystukując rytm o kierownicę. Jakże nienawidził godzin szczytu, wszystkich tych ludzi, którym było spieszno cholera wie dokąd, finalnie kończąc jako pierwsi na światłach. Śmiał się wtedy szyderczo z ich żałosnego zachowania, kręcąc głową z politowaniem. Wariaci najczęściej kończą jako splot rozprutych flaków w kałuży krwi, zdobiąc asfalt niźli szkarłat wina wylany na jasny dywan.
            Telefon rozdzwonił się rzucony wcześniej niedbale na miejsce pasażera. Spojrzał na wyświetlacz, ujrzawszy ciąg nieznanych mu cyfr. Zmarszczył czoło i już miał odbierać, gdy nagle klakson z tyłu ryknął na niego wściekle, że ma ruszać.
            - Gdzie ci tak spieszno, kretynie! – warknął pod nosem, sam do siebie, w końcu przez opuszczone, dźwiękoszczelne szyby nikt nie mógł dosłyszeć jego złorzeczeń. Z piskiem opon puścił maszynę ulicą przed sobą, ledwo kontrolując prędkość z wrzącym w żyłach gniewem. Pieprzył ograniczenia, sygnalizację świetlną, póki koła nie zatrzymały się pod opuszczonym budynkiem prosektorium. Trzasnął drzwiami, zamknąwszy je przyciskiem wbudowanym w moduł pilota. Szybkim krokiem okrążył obiekt dookoła, odnajdując wąskie rozdarcie w murze, przez które się prześliznął. Włócząc między odłamkami rozpadającego się sufitu na podłodze, obijając o obdrapane z emalii ściany, częściowo zwaloną konstrukcją schodów dotarł do piwnicy. Czuł się ślepy przez kilka pierwszych minut, lecz oczy przywykłszy do panującego wokół mroku, w końcu dostrzegły ruch w oddali.
- Pssst!
Zastygł, z sercem dudniącym w piersi. A co, jeżeli to przekręt i zaraz zginie marnie? Przełknął ślinę, wściekły na samego siebie, że szaleństwem i spontanicznością sam na siebie sprowadza zagładę.
- Pssssst!
            Głos dochodził z mniej więcej środka pomieszczenia. Stał tam stary, podniszczony stół prosektoryjny, zapewne pamiętał jeszcze smak trupiej krwi, ciężar stężałych w śmierci ciał, gwałt na nagich korpusach. Znów doszedł do wniosku, że miejsce to jest straszne i dostawszy czego chce, pragnie jak najszybciej uciec. I tak, i tak będzie miał koszmary.
            Wykrzesał z siebie resztki wątpliwej odwagi i podszedł na tyle blisko, by zetknąć się z jegomościem ramieniem. Oparł pośladkami o krawędź blatu, uspokoił oddech, wyłączył myślenie, uruchomiając mechaniczność.
            - Masz ten towar?
            - Kasa.
            Wyciągnął z kieszeni plik banknotów, obojętnie wychylając dłoń w kierunku nieznajomego. Nie mogli widzieć swoich twarzy, zresztą wszystko zaaranżowane zostało tak, by nie narazić żadnego z nich na ryzyko schwytania przez organ sprawujący władzę, kontrolujący bezpieczeństwo, karzący grzesznych. Płócienna sakiewka skrywająca w sobie torebeczkę z syntetycznego tworzywa spoczęła w dłoni wcześniej trzymającej banknoty.
            - Jeżeli sprzedałeś mi krokodyla bądź inne gówno, wypcham ci nim odbyt. Zrozumieliśmy się?
            - Pieniądze równa się jakość. Zwijaj się.
            Ścisnął dłoń w pięść, skrywszy opium w kieszeni spodni. Wracał dużo spokojniejszy niż wchodził, uradowany niewątpliwą perspektywą halucynogennego transu.
            Filigranowa laleczka w otchłań przepaści niewidzialną ręką tknięta opadła, krusząc porcelanowe lico, żłobiąc korytarze nacięć i rys. Włosy rozsypały się wśród cmentarzyska skalnych odpadków, powieka drgnęła, w pół przymykając. Zastygła w bezruchu nie dostawszy ni grama wyczekanej czułości, zawiedziona własnymi mrzonkami, obwiniała postronnych za swą marność. Samą siebie skrewiła, nie wsłuchując w dokładność wypowiadanych pod jej adresem słów. Gniła, gnije, gnić będzie w niedoli swojej.
            Wyciągnął oprawiony w skórę kalendarz ze schowka, ułożywszy na własnych kolanach, z portfela porwał kartę do bankomatu, z kieszeni zaś wyjął uprzednio schowany tam pakunek. Wysypawszy odrobinę białego proszku na płaszczyznę okładki, uformował cienki, biały pasek. Zwinął banknot w rulon i schyliwszy się, niemal jednym pociągnięciem zaserwował upragniony haj. Byle wyłączyć myśli i przestać analizować, by nie czuć tego wstrętu i brudu, które od czasu do czasu do niego wracały. Przyłapywał się na tym, iż w samotności miał ochotę szorować sobie usta żrącym detergentem, skórę zedrzeć szczotą ryżową, wyrwać włosy, by już nikt, nigdy nie mógł go za nie ciągnąć. Najbardziej zranił go ten, któremu ufał, którego kochał, bez którego nie mógł się obejść.
            Nie brak miłości zabija człowieka, a miłość sadystycznych dłoni. Ogień rodzi pożądanie, śpiew wypełnia przestrzeń, sztylet przebija na wskroś. Zepsuty człowiek, skruszone wnętrze, pogrzebane marzenia. Niewinność grzechu nauczona, niepostrzeżenie piętnem powłokę cielesną naznaczy. Gorący dzień, rękawy opuszczone do nadgarstków, by nikt nie zdołał zadrwić z naruszonej struktury. Aktor drgający w artyzmie Tantalskich męk słabnie w samotności, pod przykryciem sieci gwiazd wyścielającej granatowe niebo. Rozkłada bezwładne ręce, ciało na ciosy wystawiając.
~
            Zielonego pojęcia nie miał ile czasu upłynęło odkąd zatracił się we własnych urojeniach. Godzina, dwie, sześć, dwanaście? Jedyne co do niego dotarło to fakt, że jest ciemno, a jego samochód wciąż zaparkowany jest w tym samym, przerażającym miejscu. Przeklął siarczyście pod nosem, spoglądając w bok, na swój nieszczęsny telefon. No tak! Całkowicie zapomniał o fakcie, że miał oddzwonić pod ten tajemniczy, próbujący dobić się do niego, numer. Niech go sam diabeł zbluźni, ale w końcu to jego życie, nie zawsze musi być dostępny. Czasem potrzebuje czasu tylko dla siebie, z dala od problemów, wyciszyć się, ujarzmić niepokorne myśli, chełpić upadłością własnej duszy. Zadzwoni wtedy, gdy już wymsknie się z gęstwiny drzew otaczającej to – z pewnością – nawiedzone miejsce.
            Był coraz dalej, umęczony i ledwie przytomny, lecz zdążył dojechać na peryferia, parkując nieopodal urwiska z którego rozciągała się panorama świateł rozjaśniających miasto w ciemną noc.
            Z ledwością wyczłapał się z auta i usiadł na pobliskiej ławce, trzymając w ręku telefon. Paliła go ciekawość, a jednocześnie jakaś niechęć. Czy w takim stanie w ogóle powinien do kogoś dzwonić? Język zacznie mu się plątać, bądź nie zrozumie czegoś i palnie największą głupotę w życiu.
            Odpoczął jeszcze chwilę, następnie wykręcając numer.
            - No cześć, dzwoniłam do ciebie chyba pięćset razy! – Usłyszał w słuchawce rozradowany głos Natalie, jednej ze swoich przyjaciółek. – Słuchaj jakie jaja, po prostu nie uwierzysz jak ci powiem.
            - Rany boskie, nie mogłaś wstrzymać się z takimi nowinkami do momentu, w którym się spotkamy? Mieszkasz tak blisko, że mogłaś bez pytania wparować mi do chaty, a nie z nieznanych numerów wydzwaniasz.
            - Uwierz, że próbowałam, ale ciebie jak zwykle w niej nie było. Więc, co? Jesteś ciekaw co mam ci do przekazania?
            Zamyślił się przez chwilę, zawzięcie żując wargę. To nie tak, że nie był ciekawy, ale również niezbyt paliło mu się, by poznać prawdę.
            -  Zależy czego ona dotyczy. – Odpowiedział wolno.
            - Toma. Wiesz, że ten palant w więzieniu wylądował?
            Szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Wprawdzie w pierwszym odczuciu pojawiła się satysfakcja, bo za to co mu zrobił, należało mu się, by odsiedzieć swoje za kratami. Drugą sprawą było to, że nie puścił pary z gęby, więc coś musiało być na rzeczy, skoro sprawy zaszły aż tak daleko.
            - Niby czemu?
            - To znaczy siedzi w areszcie, bo wdał się w jakąś bójkę. Ale z tego, co udało mi się dowiedzieć, tych dwóch pobiło się o ciebie! Masz jakiegoś nowego kochanka, o którym nie wiem?
            Głęboka zmarszczka wyżłobiła się na jego czole. Czyżby wpadł na tego bruneta, którego twarz od czasu do czasu przewijała się przez myśl? Ciekawe cóż takiego zbroił, w jakie tarapaty się wpakował. Z reguły uciekał zwadom, stawał okoniem i choć miał krzepę w barach, raczej unikał przemocy. Znów mąci mu w głowie, choć poprzysiągł sobie, że ten raz będzie ostatnim. Odrzucił go, więc z jakiej racji miałby się o niego bić? Natalie poprzekręcała coś i tyle, może pomyliła go, Billa, z nowym obiektem westchnień przystojnego Toma. Schwyciłby go za gardło i zadusił z wściekłości, dokładnie tak samo, jak on tego dnia, gdy ukorzył się przed nim.
            - Gadaj co wiesz.