niedziela, 9 lipca 2017

24

Rozdział XXIV




 Każda fikcja posiada źdźbło prawdy.

~

- Ty co? Niczego nie byłeś mi winien, po jaką więc cholerę wpłaciłeś jakiekolwiek pieniądze za moją wolność?
            Niemo poruszał wargami, zamykając co rusz to znów otwierając. Nie wiedział tak naprawdę co odpowiedzieć, może powinien skłamać, że to należne za jakąś tam czynność z przeszłości, ale jaki, do cholery, był sens we wszystkich tych matactwach? Obaj zdawali sobie sprawę, że im głębiej brną w mętne wody, tym mocniej brud okala ich ciała. Zasłonił twarz dłonią, subtelnie przeciągając moment odpowiedzi.
            - Halo, Bill! Mówię do ciebie! – Tom chwycił jego ramiona i potrząsnął, dopóki zwierciadlane odbicie jego duszy nie odnalazło bratniego dysku tęczówki. Teraz nie miał już wyjścia, chcąc, nie chcąc, musiał wyjawić prawdę.
            - Nie ciągnij mnie za język, kurwa… Powiedzmy, że to prezent. – A jednak nie zrobił tego, co zamierzył, plącząc w wyznaniach i kryjąc szczerość za permanentną mgłą tajemnicy. – Coś odpierdolił, że cię zapuszkowali? Natalie mi pokrótce opowiedziała, może to był impuls.
            - Może usiądźmy gdzieś przy kawie bądź piwie, ulica to niezbyt dobre miejsce na życiowe rozmowy.
            - Kawa? Piwo? To oklepane. – Owinął smukłe palce wokół jego nadgarstka i pociągnął za sobą, przemierzywszy ulicę wszerz. Z premedytacją przeciwstawił się regułom ruchu powodując obelgi w swoim kierunku i kwękanie Toma za sobą, lecz zamiast zdenerwować się, był w znamienitym humorze. Może seks zrobił mu dobrze, a może to jego bliskość… Dwa w jednym, połączone ze sobą. Im więcej dostawał, tym więcej chciał.
            Musiał zadzwonić do dyrektora szpitala w którym pracował i usprawiedliwić swoją nieobecność. Nie wiedział jeszcze czym się wykręci, ale skorzystawszy z elokwencji, coś wymyśli na pewno. Los ofiarował mu więcej, niż mógłby chcieć. Gdyby nie przekupstwo, niemała suma pieniędzy, mógłby spędzić i kilka lat w więzieniu, co robiłby ze swoim życiem po wyjściu na wolność? Kto by go zatrudnił? Zechciał słuchać? Bill… Ten dzieciak wybawił go z niejednej opresji, a on wciąż nie mógł ofiarować mu tego, czego najmocniej pragnął. Może po prostu nie potrafił? Był mężczyzną… Bill, tak jakby kobietą, jedyną aberracją od kobiecej aparycji była sporych rozmiarów męskość między jego udami.
            Pięknie. Środek dnia, świeżo odzyskana wolność, a jemu w głowie tylko penisy i to nie byle jakie. Właściwie to jeden. Upragniony.
            Wstąpili do sklepu ofiarującego kupującym szeroką gamę trunków wysoko i niskoprocentowych, zakupili alkohol jaki stanowił zwykłe chciejstwo po naręczu przeżyć, emocji i stresu. Następnie zatrzymując na przystanku autobusowym taksówkę, wybrali się w miejsce na tyle odległe, by w spokoju, z dala od gapiów i postronnych, uraczyć się rozmową. Kto wie… Może zawekują się na dłużej, niczym na wakacjach podczas urlopu w pracy, pieprząc konsekwencje i pokracznie wymijając obowiązki? Spojrzeli po sobie z błyskiem w oku, nic nie mówiąc, czekając. A pojazd prowadził w miejsce, w którym miało rozpocząć się to, czego od dawna pragnęli, zaś byli zbyt dumni, by przyznać się przed samym sobą.
~
wrzesień 2012

Ja… Nie chcę już dłużej być sam. Już mam dość…
Kiedyś, wtedy, gdy byłem jeszcze wolnym człowiekiem, wtedy… Moją rutyną stała się filiżanka mocnej, ciemnej kawy zaraz po wstaniu z łóżka; jej aromat rozprzestrzeniający się w każdy kąt aneksu kuchennego, oddzielonego od salonu dziennego cienkimi, szklanymi drzwiami. Lubiłem zapach korzennego kadzidła i tych dziwnych, orientalnych świeczek, które paliły się każdego wieczoru, zastępując nijakość czymś, co dziś uznałbym za magię.
Wszystko, co robiłem, przypominało o nas. Wdzierasz się w wypełnione goryczą serce jak rześkie powietrze lasu i uciekasz jak przerażona sarna zorientowawszy się, że dokładnie cię obserwuję.
W końcu cię znam. Byłeś tu; byłeś ze mną, byłeś przy mnie. Byłeś każdego dnia, gdy potrzebowałem tabletki na ból głowy i zroszonego chłodną wodą ręcznika. Byłeś. Trwałeś. Jak niewzruszony wojownik, gotowy nieść pomoc i świecę nadziei.
Dlaczego więc moje dni wypełnia samotność, dlaczego nie potrafię dłużej żyć patrząc jak wszystko, co trzymam w palcach, z wolna obraca się w proch?
- Kurwa mać… - Odwracam się, próbując odnaleźć punkt zaczepienia na ścianie pokrytej krętymi żłobieniami i obscenicznymi plakatami. Co tu robię, kim jestem? Gubię się i tonę w tej nicości, boję się podnieść wzroku. Uderzam pięściami o płaszczyznę, krzyczę. Krzyczę próbując rozedrzeć własne płuca, wrzeszczę, dopóki łzy nie wypływają z kącików oczu, na policzki. Tracę siły i, łkając cicho,  plecami osuwam się po ścianie, dopóki pośladki nie opadają na twardą powierzchnię ziemi. Zagarniam kolana w objęcia ramion i dociskam uda do wątłej klatki piersiowej, wtulając w nie twarz. Spazmy targają moim ciałem, ale tylko przez chwilę. Unoszę wzrok.
Pustymi, pozbawionymi życia oczami patrzę przed siebie, nie widząc kompletnie niczego. Przenikam ciemność, ale wciąż nie widzę nic poza tym, co mieliśmy razem. Swędzą mnie nadgarstki, swędzą tak mocno, że zaczynam szaleć. Rozdrapuję stare rany przy pomocy długich, wymalowanych na czarno paznokci, drapię i drapię, nie kończąc nawet wtedy, gdy z cienkich, niemal zrośniętych już ran, nie zaczyna płynąć krew. Cienkimi strużkami znaczy bladą skórę, rozpływa się i wypływa znów, brzmi jak samotna aria wygrywana przez moje serce za każdym razem, gdy uświadamiam sobie, że jesteś już daleko.
- Szybko, tutaj! Trümper znów ma napad!
Słyszę krzyki. Stukot obcasów pielęgniarek i podenerwowany skrzek lekarza. Śmieję się cicho pod nosem, opuszczając ramiona wzdłuż tułowia, wewnętrzną stroną w kierunku świateł, które za moment zabarwią mój dzień. Dzień, jak co dzień, nowa dawka sensacji.
- No dalej kotki, chodźcie, chodźcie… Kogo dziś ugryźć, kogo nazwać wariatem, kogo udusić… - wyliczałem, uśmiechając się szaleńczo.
Później czułem tylko uścisk na ramionach i siłę, która z impetem rzuciła mnie na łóżko. Poczułem jak wokół moich nadgarstków zacieśniają się więzy, jak mój tors unosi się i opada, jak z moich ust wypływają przekleństwa, których nie jestem w stanie zrozumieć.
- Kate, podaj diazepam!
- Pieprz się!
- Dożylnie, czy kapsułka?
- Igła osiem milimetrów, pół centymetra. Ampułka z szafki w zabiegowym.
Szamotanina, pośpiech, bieg, byle jak najprędzej i najszybciej uspokoić moje rozszalałe ciało. Co z tego, że nie chcę? Jestem zbyt słaby, zbyt kruchy, by się przeciwstawić. Posiadam jedynie oręż ciężkich jak artyleria wojskowa słów, ale one zdają się ich nie odstraszać.
Kretyni…
Przeszywający ból sinawej tętnicy szyjnej. „Już kurwa nie mieli innych miejsc, aby zaaplikować to cholerstwo?”, myślę.
Znów czuję tę błogość, ten upojny, metafizyczny stan, gdzie moje lęki i nieszczęścia stają się niczym. Czuję nadzieję, która daje mi siłę, czuję… że mogę wszystko.
Dopóki lek nie przestanie działać, on znów jest przy mnie. Trzyma mnie w mocarności swych ramion i nie pozwala umrzeć. Gdy on jest przy mnie, jestem sobą, a gdy znika… Nie chcę znać świata, nie chcę znać jego. Gdybym jeszcze raz go zobaczył, gdybym usłyszał ukochany głos…
Zabiłbym jego i siebie, abyśmy już zawsze mogli być razem i nikt, ale to nikt, nie miał prawa nas rozłączyć.
Pamiętasz, Tom? Pamiętasz?
Na zawsze razem…
Razem, w kierunkach zbieżnych i rozbieżnych, złym i dobrym…
Razem, gdy otchłań będzie przeciwko nam…
Razem, gdy niebo zacznie się palić, obsypując konstrukcje ludzkich rąk popiołem…
Razem… Przez gehennę, ukrop spękanych suszą pustyń, ku domostwu Hadesa, razem.
Miałeś być przy mnie i chronić przed wszystkim, co złe. Przed obcymi ludźmi, którzy teraz obmacują moje ciało jakby mieli do niego jakiekolwiek prawo. Miałeś tu kurwa być, Tom! Miałeś być! Nienawidzę cię! Nienawidzę! Nienawidzę! Zdychaj, umieraj, nie chcę cię widzieć! Nienawidzę cię! Tak bardzo cię kocham, aż zapiera mi dech w piersiach, chciałbym, żebyś mnie przytulił ten jeden, jeden ostatni raz… Byś był i powiedział, że czujesz to samo… Jak mogłeś mnie tak zostawić, ty podły bydlaku!
- Zostawcie mnie, zostawcie, puśćcie! – krzyczę, a przynajmniej próbuję. Mój głos brzmi słabo poprzez działanie leków prędko przenikających do krwiobiegu; infekowały moje żyły, ogłupiały mnie, opóźniały reakcję na bodźce. Potrzebowałem ruszyć się z tej sali, uciec, odnaleźć go i dopaść! Zabić! Sprawić, by odpowiedział za wszystkie wyrządzone mi krzywdy.
- Panie Trümper, proszę się uspokoić. – Łagodny głos jednej z pielęgniarek zwrócił mój wzrok w jej kierunku. Zacisnąłem usta, wpatrując się w nią spokojnymi acz rzewniącymi anemicznością białkami. Po chwili pozwoliłem, ażeby tęczówka dostarczyła bodźca wysławszy impuls by przez nerw wzrokowy obraz dotarł do płata potylicznego: skupiwszy odebrany wygnał, synapsa natychmiast zwróciła źrenicom osąd, przez co widziałem ją wyraźnie. Chyba aż nazbyt, bo była brzydka jak srający bóbr na pustyni.  – Jest pan w szpitalu, nic się nie dzieje, a pan jest bezpieczny. Nie potrzeba urządzać scen, żeby zwrócić na siebie uwagę. Im bardziej się stawiasz, tym bardziej opóźniasz swoje wyjście do zdrowego, normalnego świata.
- Nie przypominam sobie, żebym przeszedł z panią na „ty” – próbowałem wykrzywić usta w uśmiechu, ale pozostały martwe, nieczułe i zaciśnięte w cienką linię, pozbawione jakiegokolwiek wydźwięku.
- Nie jest to teraz istotne, dziecko, ważne, żeby pan doszedł do siebie. – Pogłaskała mnie czule po skroni, ale odwróciłem głowę. Nie chciałem dłużej patrzeć w te przenikliwe oczy, głębokie i pełne blasku. Tliło się w nich tak wiele, że gdzieś tam, w odległych odmętach tego, co kiedyś nazywałem swoim człowieczeństwem, poczułem drobne ukłucie, coś na wzór bólu, który niezatamowany mógł przerodzić się w powódź, która odebrałaby mi ostatnią nadzieję i siłę, by zaczerpnąć powietrza do płuc. Nie odezwałem się już ani słowem, nie czułem potrzeby, aby dzielić się czymś tak osobistym z kimś, kogo praktycznie nie znałem.
Tylko on mógł wiedzieć jak się czuję… Tylko on. Ten ohydny skurwiel, który pozwolił mi się stoczyć i zatracić, ten sam, którego tak nienawidzę i kocham jednocześnie, ten, który zmienił mnie z pewnego siebie, wesołego mężczyzny w nędzną imitację, żywą kukłę, której zerwał sznurki utrzymujące przy życiu i – która – nie potrafi wykonać najprostszej czynności życiowej bez niego.
Bez swojego pana, swojego właściciela, kogoś, kto trzymał mnie w pionie i nie pozwalał się poddać.
Zostałem sam. Mam tylko siebie i swoją siłę, a przed sobą rozwidlenie dróg. Tylko, kurwa, którą z nich wybrać, żeby nie stoczyć się jeszcze bardziej? Czy w ogóle chcę żyć? A może wolę sczeznąć jak ostatni tchórz, poddać się i wybrać to, co najłatwiejsze, czyli śmierć?
Nie… Nie będę tak żałosny, nigdy! Nie przez niego!
            Milczałem tak długo, aż w końcu pielęgniarka wycofała się z mojej izolatki, wychodząc, zgasiła światło. Mój świat na powrót pogrążył się w mroku, powieki stały ciężkie niczym z ołowiu i nie wiem nawet kiedy, zasnąłem.
            Gdy ocknąłem się z maniakalnej czerni, musiała dochodzić szósta bądź siódma nad ranem. Podniesione głosy na korytarzu zdradzały, że zbliża się pora śniadania, które codziennie podawano w tym samym miejscu – w obskurnej, podstarzałej stołówce o stołach przykrytymi serwetami w pepitkę. Ozdobne, porcelanowe dzbanki zastąpiono tanimi, plastikowymi atrapami, za nóż robił widelec bądź łyżka, gdyż obawiano się, że coś tak groźnego mogłoby posłużyć za narzędzie zbrodni w rękach wariata, wycofano go więc z użytku. Cóż, może był w tym jakiś sens. A może któryś z podobnych mi świrów zdołał wykorzystać nożowe przeoczenie na użytek własny, stąd wdrożono nowe przepisy, które chroniły całą resztę przed skutkami depresyjnych myśli, czy prób samobójczych, zanim całkowicie powrócili do zdrowia psychicznego. Gdyby psychiatrzy wiedzieli jak łatwo ich oszukać, przekonać o komforcie z własnymi myślami, kiedy jedynie im się o nim marzyło.
            Ale wśród nich – co najśmieszniejsze – rodzi się najwięcej szaleńców. Choroby psychiczne częściej dotykają ludzi elokwentnych, którzy potrafią myśleć i przyswoili dość wiedzy, by kompletnie zwariować.
            Ten, kto mówił, że uboższa wiedza pozwala na lepszy sen, miał rację. Zbyt dużo sprawia, że zapominamy o tym, kim jesteśmy, a nasz świat przykrywa kurtyna tak gruba i gęsto utkana, że aż dusząca.
            Poczułem suchość w ustach, która wzrastała i rosła, osiągając rozmiary monumentalnego wieżowca. Musiałem podnieść się z łóżka i znaleźć kubek z wodą, inaczej oszaleję! Zwariuję! Szarpnąłem się, ale coś powstrzymało moje ruchy.
            - Jasna cholera – zakląłem cicho, wlepiając wzrok w sufit. Podniosłem się znów, tym razem ostrożniej, starając się zorientować w jakiej sytuacji znalazłem się na własne życzenie. Najgorsze jednak było, że mało pamiętałem z poprzedniego wieczoru. Nie wiedziałem nawet jakim cudem moje nadgarstki były skrępowane, a ja nie mogłem wstać, żeby zanurzyć usta w kubku z lodowatą, przepyszną, wodą!
            - Kto mnie tak kurwa urządził! Kto, kurwa! Halo! – krzyczałem, dopóki nie zachrypł mi głos i nie zacząłem kaszleć. No przecież zaraz wyjdę z siebie i stanę obok! Służba zdrowia powinna być tu dla mnie i pilnować, czy czegoś mi nie potrzeba, a tymczasem nie dość, że jestem uwiązany i nie mogę się ruszyć, to jeszcze zachciało mi się szczać!
            - Haaaaaaaaaaaaalo! – powtórzyłem się, tym razem nieco głośniej, dopóki głos nie uwiązł mi w gardle, a w drzwiach nie stanęła jakaś gruba baba.
            - Nie prosiłem, żeby przysłali mi wieloryba, który ledwo co mieści się w drzwiach, ale lekarza, który to ze mnie ściągnie! – wlepiłem w nią rozwścieczony wzrok  - Więc kurwa wypierdalaj i przynieś klucze, albo nie ręczę za siebie!  – Tak jakbym mógł coś zrobić w obecnej sytuacji, ale cóż, zawsze warto próbować. Do odważnych świat należy, nie?
            Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, z dołu na górę, żując zawzięcie gumę. Z lubością wydęła dętkowatą strukturę w balon, dopóki nie pękł i nie oblepił jej nosa. Ściągnęła go tłustymi paluchami, uśmiechnąwszy się złowieszczo wyszła bez słowa, a ja zawyłem z rozpaczy, skrępowanymi rękoma waląc w materac. Skoro oni nie chcą mnie uwolnić, będę musiał załatwić to o własnych siłach. Tylko, kurwa, jak to zrobić, skoro moją jedyną bronią są zęby?
            Właśnie. Zęby…
            Ale nie jestem na tyle gibki, chyba, żeby sięgnąć nimi do nadgarstków?
            Wytężony umysł pracował zawzięcie, popędzany żądzą wolności i bezsilnością położenia tej kupy mięsa i krwi, potocznie zwanej moim zatęchłym, wychudzonym, zmizerniałym ciałem. Przekręciłem się na bok, sięgając podbródkiem ledwo połowy przedramienia, spróbowałem z drugiej strony, lecz dosięgłem ledwie łokcia.
            Cóż, nóż, widelec, będę musiał poczekać. O suchej gębie i pełnym pęcherzu.
            - Umrę tu, kurwa, umrę! Przepraszam cię młoda orko, o pani grubych i najgrubszych, najpiękniejsza słonino świa… - zamknąłem się, tak po prostu. Znowu stała w moich drzwiach, z odrysowanymi od linijki brwiami niemal pod linią włosów. Uśmiechnąłem się wpierw nieśmiało, a następnie wyszczerzyłem komplet nie do końca równych, ale za to śnieżnobiałych, zębów. – Wie pani, to takie złe pierwsze wrażenie było, dość sympatycznie wygląda pani z tymi policzkami oprószonymi różem.
            - Zamknij się. – warknęła. Podeszła bliżej i uwolniła mnie z więzienia, którym okrył mnie psychiatryk. Niźli goniony przez stado bawołów na sawannie pognałem do toalety, ściągnąłem prążkowane spodnie – siłą grawitacji zleciały do samych kostek wraz z gaciami – schwyciłem chuja w obręcz między palcem wskazującym, a kciukiem i obserwowałem żółtawą stróżkę wydobywającą się z cewki moczowej, wprost na porcelanową strukturę klopa.
            Och kurwa, co za ulga…
~
            Zapłacili taksówkarzowi należytą sumę wraz z sutym napiwkiem, pożegnawszy uśmiechem i radosnym skinieniem głowy. Było upalnie, po niebiańskim firmamencie nie płynął ani jeden, pierzasty obłok, tylko pobrzask palącego Słońca. Czoło Toma było zroszone kropelkami potu, zaś Bill, jako ten chudszy, o większej odporności na upały, trzymał się znamienicie. Jezioro było spokojne, błyszczało w kręgu gwiazdy trzymającej w pieczy kulę ziemską, całą mgławicę i zamieszkujące w niej planety, nieprzyjazne człowiekowi. Wręcz zapraszało, by zatopić się w jego odmętach. Gdzieniegdzie bawiły się dzieci, gdzie indziej kłóciła się para pijanych nastolatków, zaś w cieniu drzew przebłyskiwał szyld jakiejś podstarzałej kafejki, oferującej lody, zimne piwo i inne przekąski.
            Oni jednak skręcili w ścieżkę prowadzącą do lasu, a stamtąd na punkt widokowy zapomniany ludzkości, zaś znany im. Usiedli w wysokiej trawie, nie bacząc nawet na to, by wziąć ze sobą koc.
            Milczeli przez dłuższą chwilę, a następnie odkręcili zakupioną butelkę alkoholu. Sążnisty łyk za łykiem sprawił, że po niedługiej chwili zaczęło kręcić im się w głowach, a odosobnienie jakie stanowiło schronienie dla ich dusz, nie krępowało przed szczerą rozmową, wielkością uczuć ani pożądaniem. Wiedzieli przecież jak mocno siebie chcą, jak bardzo, jak nie mogą już czekać ani chwili dłużej…
            - Więc powiedz mi w końcu, Billy, szczerze… Dlaczego zrobiłeś to wszystko, dlaczego zwróciłeś mi wolność i jesteś przy mnie, skoro wcale nie musisz?
            - Z miłości robi się głupie rzeczy, Tom… - uśmiechnął się, wlepiając w niego maślany wzrok. Mężczyzna objął jego miękki, wypielęgnowany, chłopięcy policzek wewnętrzną częścią dłoni, a ten wtulił się w nią, pozwalając na przyjemną pieszczotę kciuka.
            Wsunął dłoń między jego uda, pnąc w kierunku najintymniejszej części jego ciała, wydobywszy rozkoszne westchnienie z krtani…



Słowo od autora:
Standardowo już, liczę na pozostawiony po sobie znak. Wasze komentarze motywują mnie, także... Czekam na opinie. :)